wiosna

Kolejna wiosna w moim życiu?

Wystarczy tylko się odwrócić i ruszyć przed siebie.

Byle do wiosny. Od kilku lat jest to moje zimowe motto. W końcu, kiedy wiosna nadchodzi oddycham z ulgą. Pojawia się pozytywna energia. Nowe siły. Nowe plany. Może jestem ciepłolubnym leniuchem, a może depresyjnym śpiochem. Wiem jedno, im więcej słońca, tym więcej sił witalnych. Takie są prawa natury. Mój organizm dostosowuje się do pór roku. Wiosna to symbol budzącego się życia i ja się przebudzam.

Czas ruszyć się z miejsca po zimowej stagnacji. Rozkręcam się, ociężale z mozołem. Niczym zdezelowana lokomotywa. Maszynista w mojej głowie zaczyna układać trasę przejazdu. To on odpowiada za to, kiedy i jak dotrę do kolejnej w moim życiu zimowej zajezdni. Znam tego maszynistę, aż za dobrze wiem, jaki z niego niepoprawny marzyciel. Przejechaliśmy wspólnie wiele takich tras. Większość z nich była pomimo swoich pierwotnych, górnolotnych założeń, monotonnymi trasami. Przebiegającymi po najmniejszej linii oporu. Do przodu, do celu, aby się zbytnio nie zmęczyć i bezkolizyjnie pokonywać kolejne wzniesienia i zakręty. Przeszkody, które sam przed sobą stawiam. Wmawiałem sobie, że tym razem uda mi się zmotywować samego siebie na tyle, aby coś zrobić z brakiem aktywności ruchowej. Kończy się to tak samo. Monotonną trasą i myślą: „byle do wiosny”. Czy ta wiosna, a po niej lato będzie się różnić od tych wszystkich poprzednich? Tego nie wiem. Założenia jak zawsze są górnolotne. Tym razem jednak postanowiłem zmienić taktykę. Maszynista tym razem planuje trasę nie pod kątem tych najciekawszych, najcięższych i najbardziej złożonych. Tym razem będzie to przejażdżka krajoznawcza, czysto turystyczna. Taka, która nie zrobi ze mnie sportsmena, bostońskiego maratończyka, trójboistę czy też himalaistę. Nie zamierzam się oszukiwać, to nie dla mnie.

Zdjęcie: Mikes Photos z Pexels

Zmiana taktyki przyszła niespodziewanie, czysty przypadek. Zaczęło się od myśli, a raczej wspomnienia. W dzieciństwie wszystko było prostsze, błahostki sprawiały mi najwięcej radości. Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, jakie to jest bezcenne. Przebywanie na świeżym powietrzu od rana do wieczora, jazda na rowerze, bieganie po lesie. Nie doceniałem tego. Teraz wraz ze wspomnieniami z dzieciństwa przeplatały mi się te z już dorosłego życia. Gdy czułem się najlepiej. Były to bardzo podobne chwile. Ich siła leżała w prostocie. Nieprzekombinowane, niezbyt wyszukane, a jednak najlepsze. Pośród nich lśniło jedno. Słoneczny majowy dzień. Spontaniczna przejażdżka rowerami. Taka bez celu i ograniczeń. Krótki postój w lesie. Zielony mech był kuszący, nie sposób było się oprzeć tej pokusie. Uległem. Leżąc obserwowałem biel chmur na tle błękitnego nieba. Puch pode mną i nade mną. W mojej głowie, niczym te chmury, sunęły słowa piosenki „Skoczny” zespołu Illusion:

i za głupca go mieli
bo nie gonił do celu
bo poprzeczek nie wznosił, co rusz
i za świra go mieli
bo przy każdej niedzieli na łące kładł się i był “

W tamtej chwili pomimo tego, co w moim życiu było złe, czułem dziecięcą radość. Tak niewiele do tego było potrzebne. Wystarczyło wstać i ruszyć się z miejsca. Wtedy nie wiedziałem, że ten dzień na zawsze zapadnie mi w pamięci. Uznałem, że zdjęcie pozwoli mi uchwycić to, co nieuchwytne. Jednak nie było ono w stanie oddać tego wszystkiego, co na mnie spłynęło.

Obecna wiosna i nadchodzące lato będą właśnie takie. Pod hasłem dziecięcej, prostej radości. Prostych, nieskomplikowanych i niewyszukanych dni wypełnionych taką właśnie aktywnością. Mówi się, że na starość ludzie dziecinnieją, może u mnie już się to zaczęło, a może po prostu zmądrzałem. Zamierzam tak jak kiedyś założyć dres i sportowe buty. Wcisnąć w uszy słuchawki. Pogłośnić muzykę i wolnym biegiem ruszyć przed siebie. Bez zaplanowanej trasy. Bez bicia osobistych rekordów, bez rozmyślania o dniu codziennym. Biec, aż opadnie się z sił, aż wypełnione papierosowym szlamem płuca powiedzą dość. Wtedy podniosę głowę do góry i zawyję do gwiazd.

Zdjęcie: Mikes Photos z Pexels

Nie zamierzam komplikować i udziwniać swego życia rozdmuchanymi hasłami. Nie będę sobie podnosił poprzeczek coraz wyżej ani też stawiał wygórowanych celów. Po prostu dołączę do ludzi, którzy coraz śmielej pojawiają się na chodnikach i ścieżkach rowerowych. Do rekreacyjnych rowerzystów, powolnych biegaczy i spacerowiczów. Szerokim łukiem będę omijał wyczynowców, rekordzistów i sportowych ekstremistów. Na to może kiedyś przyjdzie czas. Jednak nie w tym roku. Ten rok jest rokiem małych kroczków i małych wielkich przyjemności. Na razie będę człeczkiem małym, który po prostu chce być. Nie chce zapominać o zwykłym szarym dniu, lecz jedynie na chwilę się od niego oderwać. W tym roku maszynista w mojej głowie zakłada tylko jeden cel podróży. Jest nim zima bez powtarzanych w kółko niczym mantra słów: byle do wiosny. Zamierzam tak naładować wewnętrze akumulatory, że wystarczą mi na cały zimowy okres.

Wszystko to, co napisałem może brzmieć jak wiwisekcja na własnej psychice. Ja traktuję to, jako lustro, w którym każdy może zobaczyć siebie. Swoją, niejednokrotnie zmęczoną i zniechęconą twarz. W tym lustrze odbija się coś jeszcze. To obraz za plecami, który zawsze tam był i zawsze tam będzie, widok lasów, rzek, jezior, gór, dróg i ścieżek. Wystarczy tylko się odwrócić i ruszyć przed siebie. Bowiem tak niewiele trzeba, żeby poczuć się lepiej. Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Nie musi on być ogromny, wystarczy żeby był, nawet najmniejszy. Wszystko zaczyna się i kończy w głowie. Niewiele spraw oczyszcza ją tak skutecznie jak relaks na świeżym powietrzu. Pozwala on wyrzucić z umysłu zbędne, nagromadzone w ciągu dnia obciążenia.

Ruszam przed siebie. Wiem, że warto. Kierunek już znam.